Road trip 2014, dzień 3, cz. 2. Słoweńskie klimaty – Ptuj

Krótki, kilkugodzinny przystanek w Chorwacji można uznać za zakończony. Wyjeżdżamy z Varaždinu i po przekroczeniu granicy znajdujemy się już w Słowenii – kolejnym „nowym” kraju na naszej trasie.

Jakie pierwsze wrażenia? Drogi jakby bardziej „polskie” niż w Chorwacji :). Niecałe 20 km dzieli nas od pierwszego słoweńskiego miasta, które planujemy odwiedzić – Ptuja. Zatrzymujemy się nieco poza obrębem Starego Miasta na parkingu, przed którym znajduje się tabliczka informująca o pozostawianiu aut na własną odpowiedzialność. Hmmm… ciekawe dlaczego? Nie ma co narzekać. Miejsce jest oddalone od centrum o 10 minut spaceru, więc idealnie.

Ptuj to miasto liczące ok. 20 tys. mieszkańców, pięknie położone nad rzeką Drawą. Jest zaliczane do jednych z najstarszych i najpiękniejszych słoweńskich miejscowości. Ciekawostką jest fakt, że za czasów rzymskich zamieszkiwało je… 40 tys. ludzi, a więc prawie dwa razy więcej niż obecnie! Pojawia się tu, jak na Słowenię, dosyć sporo turystów. Nie tylko ze względu na piękne zabytki, ale też z uwagi na kąpielisko termalne – Terme Ptuj (Dobrzańska-Bzowska M., Bzowski K., Słowenia. Po słonecznej stronie Alp., wyd. 3, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Ulica Prešernova, Ptuj

Ulica Prešernova, Ptuj

Zwiedzanie Ptuja rozpoczynamy od spaceru w kierunku Slovenskiego trgu – serca miasta – od którego odchodzą najważniejsze drogi w centrum. Piękne, brukowane, klimatyczne uliczki urzekają. Może też i dlatego, że… nie pada :). Naszą uwagę przykuwa interesujący monument na środku placu. To tzw. pomnik Orfeusza, wyrzeźbiony w czasach rzymskich w II w.n.e., jako pomnik nagrobny. W jego centralnej części znajduje się postać Orfeusza w żalu po stracie ukochanej Eurydyki, wiodącego za sobą korowód zwierząt. W średniowieczu nagrobek był używany jako pręgierz, pod którym karano niegodziwców (Dobrzańska-Bzowska M., Bzowski K., Słowenia. Po słonecznej stronie Alp., wyd. 3, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Opodal na placu zauważamy wieżę miejską o wysokości 54 m. W 1830 r. wbudowano w nią fragmenty pozostałości antycznych budowli z Ptuja i okolic. W ten oto sposób powstało jedno z najstarszych lapidariów na wolnym powietrzu w Słowenii (Dobrzańska-Bzowska M., Bzowski K., Słowenia. Po słonecznej stronie Alp., wyd. 3, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Kolejnym ciekawym zabytkiem Slovenskiego trgu, a kto wie, czy może nie najważniejszym, jest kościół św. Jerzego. Już w IV w. stała w tym miejscu bazylika. We wnętrzu znajduje się wiele cennych zabytków, m.in. ławy z 1763 r., z których każda posiada inny wzór dekoracji. My skupiamy się na podziwianiu świątyni z zewnątrz (Dobrzańska-Bzowska M., Bzowski K., Słowenia. Po słonecznej stronie Alp., wyd. 3, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Kierujemy się w stronę zamku, początkowo przemierzając ulicę Prešernova – główny deptak miasta. I rzeczywiście – droga jest bardzo ładna i ukwiecona. Postanawiamy porozglądać się i kluczyć bocznymi uliczkami miasta. A warto! Ptuj to miejsce, które nadaje się do tego idealnie. Tak naprawdę można by schować przewodnik i po prostu iść przed siebie alejkami, które się spodobają. Robimy tak i my, a papierowa książka służy nam głównie do orientacji w terenie.

Droga na zamek w Ptuju

Droga na zamek w Ptuju

Skręcamy w wąską, brukowaną uliczkę, która, jeśli wierzyć znakom, doprowadzi nas do twierdzy. Stopniowo nabieramy wysokości, domy stają się odrapane, po drodze snują się koty. To lubię!

W końcu dochodzimy na zamek, a właściwie pod zamek, ponieważ okazuje się, że jest… zamknięty i nie można już wejść nawet na dziedziniec. W takich momentach jestem na siebie po prostu zły, że po raz kolejny zabrakło nam czasu. Cóż… i tak nie można go cofnąć, więc nic na to nie poradzimy. Jeżeli jednak będziecie w Ptuju, to co jak co, ale zamek warto odwiedzić. Polecają go zarówno przewodniki, jak i gospodarz hostelu, w którym spędzimy dzisiejszą noc w Mariborze. Szczególnie ta druga opinia jest wiarygodna, gdyż pochodzi od osoby, która mieszka tu od dawna.

Forteca istniała w tym miejscu – a jakże – już za czasów rzymskich. Początki obecnego zamku, w którym dzisiaj mieści się muzeum, sięgają początków XII w. Obecnie można tu oglądać wiele ciekawych rzeczy, np. największą w Słowenii kolekcję instrumentów muzycznych (obejmuje ok. 300 sztuk), z których najstarsze pochodzą z XVII w. Ewenementem jest kolekcja ludowych masek, będących śladem bogatej tradycji maskarad karnawałowych regionu północno-wschodniej Słowenii, zwanych kurent. Dla wygodnych – wersja opisowa z polskiej wikipedii ;).

Widok spod zamku na Ptuj i góry

Widok spod zamku na Ptuj i góry

Spod zamku rozciąga się piękny widok na Ptuj, rzekę Drawę oraz góry Pohorje, rozciągające się aż po horyzont (już za Mariborem). Przejrzystość powietrza jest wprost niewyobrażalna. Po przejściu frontu atmosferycznego widoczność sięga kilkudziesięciu kilometrów. Żeby tylko w Alpach było tak samo!

Rozpoczynamy zejście w dół i ponownie „lądujemy” na ulicy Prešernova, na której kontynuujemy podziwianie zabytkowych kamieniczek oraz cudownych i klimatycznych podwórek. Skręcamy na południe w ulicę Jadranską (czyli po naszemu: Adriatycką).

Na placu po lewej stronie zauważamy ciekawą rzecz… . Asfalt pomalowany na różnorakie kolory. Poszczególne fragmenty w odmiennych barwach oddzielają… spękania nawierzchni. Mała rzecz, a cieszy! Biorąc pod uwagę jakość polskich dróg, gdyby u nas zastosowano coś takiego w całym kraju, mielibyśmy dużo radości i częściej byśmy się uśmiechali :).

Asfalt w Ptuju

Asfalt w Ptuju

Jesteśmy nad Drawą. Jest nieciekawie. Po ostatnich opadach deszczu woda co prawda nie wystąpiła jeszcze z brzegów, ale jej poziom jest wysoki. Biedne są Bałkany w tym roku, oj biedne! To już trzecia powódź w przeciągu 6 miesięcy, która je dotyka! Jak pech, to pech :(.

Zamek w Ptuju

Zamek w Ptuju

Wychodzimy na kładkę, którą biegnie także ścieżka rowerowa i podziwiamy miasto, a w szczególności zamek, pod którym przed chwilą byliśmy, prezentujący się z tego miejsca bardzo dostojnie.

Ptuj nas zauroczył, ale czas wracać powoli do samochodów, bo już późno, a musimy jeszcze dojechać do Mariboru. Ostatnim zabytkiem, jaki podziwiamy po drodze, jest Wieża Drawska – pozostałość po umocnieniach obronnych miasta. Miała ona chronić gród w szczególności przed Turkami.

Chcąc oszczędzić trochę czasu, postanawiam poprowadzić szacowną wycieczkę skrótem. Rada dobrego wujka: jeżeli nie znacie jakiegoś miasta, nie róbcie tego, a oszczędzicie sobie… nerwów. Co prawda pamiętam nazwę ulicy, ale napotkana przez nas Słowenka nie rozumie albo nie chce rozumieć, co do niej mówię. No trudno – trzeba się wrócić do ostatniego miejsca, które kojarzymy i iść normalnie. Z tym też jest problem, bo ponownie chcemy iść skrótem. Na szczęście napotkany Pan wskazuje nam drogę i już bez problemu trafiamy do celu. Ostrzeżenia na znaku okazały się na szczęście bezpodstawne. Auta stoją i możemy jechać dalej do Mariboru.

Góry o zachodzie słońca to coś pięknego. Trasa, którą podążamy, również brzydka nie jest. Raz w górę, raz w dół. I tak prawie do samego Mariboru. Mapa w dłoń, GPS ustawiony i jazda! Do centrum, a konkretnie hostelu Ministudent, gdzie spędzimy dzisiejszą noc.

Masz ci los! Znowu mylimy trasę i wjeżdżamy na kilkusetmetrowy odcinek drogi ekspresowej, na którą trzeba mieć winietę… :/. Miejmy tylko nadzieję, że nie przyjdzie nam rachunek w przeciągu najbliższych miesięcy, bo zdarzy nam się to podczas wyjazdu jeszcze kilka razy… . Nie ma co się jednak denerwować na zapas!

Dojeżdżamy pod hostel, parkujemy auta na ulicy i idziemy się zakwaterować. Robert – gospodarz – jest bardzo miłym człowiekiem i opowiada nam różne rzeczy o hostelu, mieście i innych pierdołach.

Dobra wiadomość nr 1: Możemy parkować pod hostelem do kiedy chcemy.

Dobra wiadomość nr 2: Możemy zostać jutro w hostelu do której chcemy.

Dobra wiadomość nr 3: Możemy korzystać z lodówki do woli.

Zła wiadomość nr 1: Korzystanie z lodówki nie obejmuje czteropaku piwa, które ktoś zostawił i może po nie jeszcze wrócić :(. Aha… czyli jak ktoś zapomni margaryny, to już po nią nie wraca, a po piwo już tak? Hmm… ciekawe spostrzeżenie, choć w sumie może być poparte doświadczeniem i logicznym rozumowaniem :).

Rozpakowujemy się w naszym dormie, w którym oprócz nas mieszka jeszcze Azer i ogarniamy się. Najważniejszą sprawą, którą musimy załatwić, jest wysuszenie rzeczy, które przemokły nam o poranku. Na szczęście jest gdzie to zrobić i możemy przystąpić do kolacji.

Po jedzeniu Mateusz z Jurkiem idą na obchód Mariboru, ale wracają zawiedzeni. Czyżby to miasto – Europejska stolica kultury z roku 2012 – było aż tak nudne?! Nie chce mi się w to wierzyć, ale cóż… jutro zobaczymy. Jak nie będzie padać, bo gospodarz – Robert – na pytanie o pogodę na jutro, zareagował, robiąc minę jak kot srający na pustyni i to pomimo sprawdzania prognoz na kilku portalach.

Zmęczeni kładziemy się spać. Jutro czeka na nas stolica!

Galeria zdjęć z Road Tripu do obejrzenia tutaj i tutaj.

Reklamy
Categories: Słowenia | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: