Road trip 2014, dzień 1, cz.2. Budapeszt – miasto, które nigdy się nie znudzi.

Co można zobaczyć w Budapeszcie w niecały dzień? Niewiele. Tym razem to jedynie nasz przystanek w drodze na Bałkany. Opuścimy je następnego dnia wczesnym popołudniem. Jednak nawet 2, czy 3 dni to za mało, aby poznać całe piękno stolicy Węgier.

Miasto, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Nawet Wiedeń, Praga, czy Berlin nie wywołują we mnie takich emocji jak Budapeszt. Może to sprawka Dunaju, spinającego Budę z Pesztem, będącego niczym kręgosłup, dzięki któremu miasto żyje. Może mostów, łączących oba brzegi szerokiej, modrej rzeki, a może wzgórz, schodzących stromo do rzeki po budańskiej stronie Dunaju. To miasto po prostu ma w sobie coś takiego, co sprawia, że chcę do niego wracać. Tym bardziej, że z Krakowa bliżej jest do niego niż choćby na Mazury czy nad Bałtyk.

Brzuchy napełnione, rzeczy rozpakowane. Auta zostawione na ulicy. Parkowanie w Budapeszcie w weekendy (poza nielicznymi wyjątkami) jest bezpłatne. To ułatwia nam sprawę. Czas ruszyć na miasto!  Drogę w kierunku rzeki wyznacza nam budynek Bálny – nowo wybudowanego centrum kulturalno – rozrywkowo – zakupowego, nijak nie pasującego do okolicznej architektury.

Dochodzimy do Dunaju. Stąd już tylko krok do Mostu Wolności – ulubionego miejsca samobójców (www.budapeszt.infinity.waw.pl). Nad jego przęsłami górują turule – mityczne ptaki, które wg legendy zaprowadziły Madziarów na tereny, które obecnie zajmują. Co przypominają? Zdania na ten temat są podzielone. Jedni widzą w nich pół orły, pół sępy, a inni rarogi bądź sokoły. Ornitologiem nie jestem, więc nie zajmę stanowiska w tej sprawie 🙂 (Budapeszt, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010). Na przęśle zauważamy nalepkę pozostawioną przez naszych rodaków… . Co z tego, że patriotyczna, skoro to nic innego jak zwykły wandalizm, kompletnie niepasujący do tego miejsca. Ciekawe czy zostawił ją jeden z samobójców? Przynajmniej w ten sposób przysłużyłby się Narodowi i osobiście wyeliminował swoją głupotę… .

Wzgórze Gellerta coraz bliżej. Z mostu prezentuje się bardzo okazale, podobnie jak okazałe (czyt. strome) wydaje się być wejście na samą górę. Dopiero co zjedliśmy obiad – damy radę! Zaczynamy wspinać się na jeden z lepszych (a być może i najlepszy) punktów widokowych w Budapeszcie. Zahaczamy o kościół w skale – interesującą świątynię w formie groty, wykutej w ubiegłym stuleciu. Trafiamy na przerwę w zwiedzaniu, więc nie możemy wejść do środka. Trzeba iść dalej.

Temperatura i słońce dają się nam powoli we znaki. Z każdym krokiem coraz bardziej odczuwamy pot na ciele. Ze słonecznej pogody korzystają także jaszczurki wygrzewające się na skałach. Niby sielanka, niby wszystko pięknie, ale właśnie… jest jedno „ale”. To wszędobylski syf, którego nie sposób nie zauważyć, podchodząc alejkami na wzgórze. Miejsca po żulerskich imprezach, porozrzucane papierki… . Po zmroku nie polecam zapuszczania się w ten rejon. Miejsce już w średniowieczu miało ponurą sławę. Jak widać, coś z tego pozostało.

Fragment pomnika Wolności na Wzgórzu Gellerta

Fragment pomnika Wolności na Wzgórzu Gellerta

Docieramy na górę. Sama nazwa wzgórza pochodzi od nazwiska węgierskiego biskupa Gellerta, który zginął tutaj męczęńską śmiercią, spuszczony ponoć ze szczytu w drewnianej beczce przez pogan. Mieszkańcy od dawna uważali, że zbierają się tu czarownice i odprawiają sabat (taka budańska Łysa Góra :)). W pobliżu znajduje się Cytadela zbudowana przez Austriaków w połowie XIX w., a także pomnik Wolności, którego centralną część zajmuje kobieta trzymająca liść palmowy (www.kertpont.hu). Góra Gellerta wraz z nabrzeżem rzeki została w 1987 r. wpisana na listę UNESCO.

Widok ze Wzgórza Gellerta na Budapeszt

Widok ze Wzgórza Gellerta na Budapeszt

Warto było się zmęczyć, bo widoki ze wzgórza iście nieziemskie! Czymże byłby Budapeszt bez Dunaju… ? Nie chcę sobie tego wyobrażać. Na pewno jego urok obniżyłby się znacząco. Ale nie ma co gdybać. Trzeba nacieszyć oczy piękną, dookolną panoramą. Ze wzgórza widać Zamek Królewski, budynek parlamentu, a nawet odległą Wyspę Małgorzaty. I co najważniejsze – nie musimy za to nic płacić! Wyżej w Budapeszcie już nie będziemy. Czas schodzić w dół. Krętymi alejkami kluczymy w kierunku wyjścia przy Moście Elżbiety.

Wzgórze Gellerta

Wzgórze Gellerta. U jego stóp widoczne kąpielisko Rudas.

Most poświęcony jest pamięci królowej Elżbiety, znanej powszechnie jako Sissi, która ukochała Węgry z wzajemnością. W momencie ukończenia budowli (w 1903 r.) jego łuk liczył sobie 290 m i był najdłuższy na świecie. Po II wojnie światowej nie powrócił już do swego dawnego przepychu – jego odbudowa byłaby zbyt kosztowna (Budapeszt, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Z mostu doskonale widać jedno z budapesztańskich kąpielisk – Rudas. Stolica Węgier jest pełna łaźni. Warto odwiedzić choćby jedną z nich. Jestem przekonany, że kolejnym razem, kiedy zawitam do miasta, wpadnę na kąpiel. Ze względu na piękną architekturę wnętrz, ablucja w nich to uczta nie tylko dla ciała, ale i ducha. No dobrze, ale zaraz powiecie „nie był, a gada”. Chodźmy zatem do miejsc, które odwiedzamy osobiście.

Budapesztański tramwaj

Budapesztański tramwaj

Po przejściu na peszteńską stronę Dunaju skręcamy w lewo. Przed nami promenada Dunakorzó – jeden z głównych deptaków miasta. Po prawej stronie mijamy kamienice i ogródki kawiarniane, po lewej znajdują się tory tramwajowe i rzeka. Spacer tą aleją to czysta przyjemność. Można tu poczuć przestrzeń, co jest charakterystycznym elementem krajobrazu Budapesztu. Promenada prowadzi aż do Mostu Łańcuchowego. My jednak odbijamy wcześniej (z okolicy sali koncertowej kierujemy się do centrum Pesztu), aby klimatycznymi uliczkami dotrzeć pod Bazylikę św. Stefana. Na trasie po raz kolejny rzuca mi się w oczy ilość śmieci na ulicach… . Na pewno nie jest to najbardziej zaśmiecone miasto w Europie, ale czystością nie grzeszy.

Wnętrze Bazyliki św. Stefana

Wnętrze Bazyliki św. Stefana

Cóż można napisać o tej świątyni? W skrócie: jest przepiękna. Zarówno od zewnątrz, jak i (a może nawet przede wszystkim) od środka. To największy kościół w Budapeszcie. Nosi imię pierwszego króla Węgier. Mimo tego, że bazylika została ukończona już w XX w., należy do najbardziej znanych zabytków węgierskiej stolicy. Z wysokiej na 96 m kopuły podziwiać można cudowną panoramę miasta (nie korzystamy z tej możliwości – jesteśmy świeżo po Górze Gellerta, z której widoki były równie piękne). Jeżeli jednak macie taką możliwość i nie chce Wam się wspinać na wspomnianą wyżej górę – warto spojrzeć na Budapeszt właśnie stąd. Podczas mojej ostatniej wizyty w mieście – 4 lata temu – miałem tę przyjemność i nie żałuję.

Najcenniejszym skarbem, jaki kryje w sobie bazylika, jest najbardziej czczona relikwia Węgier – prawica króla Stefana. W północnej wieży znajduje się także największy dzwon w kraju – ważący 9 ton Neue Bildpost (Budapeszt, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010). Na mnie największe wrażenie robią czerwone, kamienne filary i przepiękna posadzka. Po krótkiej wizycie w świątyni idziemy dalej. Nasz następny cel – parlament!

Na Placu Wolności naszą uwagę przykuwa nowa „atrakcja” Budapesztu, choć biorąc pod uwagę jej wydźwięk jest to niezbyt trafne określenie. To pomnik ofiar okupacji niemieckiej ukończony w lipcu 2014 r. Przedstawia archanioła Gabriela trzymającego w prawej ręce jabłko królewskie, ponad którym umieszczono faszystowskiego orła – symbol zbrodniczego systemu. Napis na pomniku poświęcony jest pamięci jego ofiar. Powstaniu monumentu towarzyszyły duże protesty. Środowiska żydowskie twierdzą, że zakłamuje on historię i umniejsza rolę, jaką Węgrzy odegrali w Holocauście. To właśnie Żydzi do dzisiaj ustawiają pod pomnikiem pamiątki po zamordowanych oraz kamienie – symbol pamięci o zmarłych w judaizmie. Dla zainteresowanych tematem podsyłam link do artykułu, w którym można dowiedzieć się więcej o genezie sporu wokół pomnika.

r

Pamiątki pozostawione przez Żydów na Placu Wolności

W końcu dotarliśmy! Przed nami budynek Parlamentu, chyba najbardziej charakterystyczny obiekt w mieście. Prace przy jego budowie trwały aż 17 lat, a ukończono go w 1902 r. Pierwsze posiedzenie odbyło się w nim jednak wcześniej, bo już w 1896 r. Oprócz sali posiedzeń, w budynku mieszczą się apartamenty premiera, prezydenta i przewodniczącego węgierskiego parlamentu (Budapeszt, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010). Całość urzeka swym pięknem. Warto obejść to dzieło architektury z każdej strony, a jeśli nam się uda – wejść do środka. Jeszcze do niedawna wejście na jego teren dla obywateli państw Unii Europejskiej było bezpłatne. Obecnie koszt wstępu dla osoby dorosłej to 2000 HUF, a dla studentów – 1000 HUF. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem – także w języku angielskim.

Parlament w Budapeszcie

Parlament w Budapeszcie

Dzisiaj nie dane nam jest zobaczyć wnętrza od środka. Jest już zbyt późno. Jeszcze tylko wspólne, pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej ku Mostowi Łańcuchowemu.

Po lewej stronie Parlament, po prawej Dunaj. Słońce chyli się ku zachodowi. Z ciekawości zerkamy na stan wody w rzece, ale już sam jej zapach nie zachęca choćby do zamoczenia stóp. Na nabrzeżu zauważamy… buty. Ale nie takie zwyczajne buty. To ekspozycja przypominająca o tragicznych wydarzeniach z okresu II wojny światowej, kiedy to członkowie węgierskiej partii faszystowskiej utopili w Dunaju swoich żydowskich rodaków. Po Placu Wolności i kontrowersyjnym pomniku ofiar niemieckiej okupacji, to kolejne miejsce zadumy nad skomplikowaną historią XX w. Byli ludzie – już ich nie ma. Pozostały po nich tylko buty. Już nie będą im potrzebne… .

Nad Dunajem

Nad Dunajem. Ekspozycja symbolizująca zagładę budapesztańskich Żydów.

Przed nami most Łańcuchowy. W mojej opinii – najpiękniejszy w Budapeszcie. Wzniesiono go w 1849 r. jako pierwszy stały most w mieście. Mostu po obu stronach strzeże para lwów (ponoć mają języki, choć są niewidoczne dla oczu przechodniów). Z konstrukcją związanych jest wiele historii i legend. Podobno István Széchenyi powziął zamiar budowy mostu, gdy na czas nie dotarł do swego ojca, konającego na drugim brzegu rzeki. Niestety II wojna światowa nie oszczędziła zabytku. Podobnie jak inne budapesztańskie przeprawy, także i on został wysadzony przez wycofującą się na zachód armię niemiecką. Szczęśliwie został odbudowany w niezmienionej postaci (Budapeszt, wyd. Bezdroża, Kraków, 2010).

Budapeszt, Most Łańcuchowy

Budapeszt, Most Łańcuchowy

Dochodzimy do Placu Adama Clarka – symbolicznego „pępka Węgier”. Skąd taka nazwa? Otóż znajduje się tutaj tzw. zerowy kamień kilometrowy – punkt, od którego są mierzone odległości na Węgrzech. Na wprost – tunel pod Wzgórzem Zamkowym.

Postanawiamy wejść na górę na piechotę, choć istnieje także inna możliwość. Od ponad 140 lat na wzniesienie kursuje bowiem Siklo, czyli kolejka zębata będąca sama w sobie atrakcją. Jesteśmy zdrowi, piękni i młodzi. Jak będziemy starzy, to sobie wjedziemy na górę. Dzisiaj wchodzimy! Tym bardziej, że czas przejazdu do górnej stacji (2-3 minuty) nie wydaje się warty zachodu.

Budapeszt. Most Łańcuchowy.

Budapeszt. Most Łańcuchowy. Na pierwszym planie kolej zębata Siklo.

Po chwili jesteśmy już na Wzgórzu Zamkowym. Czego tu nie ma?! Mógłbym opisywać po kolei, co możemy tu zobaczyć, ale zajęłoby mi to kawał miejsca. Napiszę w skrócie: jest tu co robić. Poczynając od zwiedzania Zamku Królewskiego, Węgierskiej Galerii Narodowej, Muzeum Historycznego, Biblioteki Narodowej, poprzez Muzeum Żydowskie, kościół św. Macieja, a kończąc na Baszcie Rybackiej, którą polecam Wam najbardziej. Za wejście na jej wyższy poziom trzeba wprawdzie zapłacić, ale naprawdę warto. Co prawda dzisiaj nie wchodzimy do płatnej części, ale 4 lata temu dane mi było ją odwiedzić i mogę ją polecić z czystym sumieniem!

Most Łańcuchowy w Budapeszcie nocą.

Most Łańcuchowy w Budapeszcie nocą.

A gdy jest już ciemno i słońce znika za linią horyzontu, postanawiamy spędzić w tym miejscu więcej czasu i nieco odpocząć, posilając się smakołykami z jednej z pobliskich budek z jedzeniem. Potem jeszcze tylko obowiązkowa chwila dla fotoreporterów i czas zacząć schodzić w dół kamiennymi uliczkami, wijącymi się pod zamkowym wzgórzem.

Parlament w Budapeszcie nocą.

Parlament w Budapeszcie nocą.

Jedna z nich „wyrzuca” nas w punkcie wyjścia, czyli na Placu Adama Clarka. Przechodząc przez most Łańcuchowy, dochodzą do nas imprezowe dźwięki. Patrzymy na Dunaj, a tam w dole… impreza na łodzi, że hej! Wszyscy machają do ludzi na górze i odwrotnie. To się nazywa zabawa! Nie skłamię, jeśli powiem, że na łajbie jest ponad 100 osób. Fajna przygoda. Podczas następnej wizyty trzeba będzie się wkręcić na coś takiego :).

Wzgórze zamkowe w Budapeszcie nocą.

Wzgórze zamkowe w Budapeszcie nocą.

– Brakuje jeszcze tylko sztucznych ogni – mówi Ola. Spokojnie…, wszystko w swoim czasie… . Kierujemy się w stronę hostelu, ale czegoś nam jeszcze brakuje… .

Piwa! Zatrzymujemy się na Placu 15 marca, gdzie rozsiadamy się na miękkich pufach na trawce i w błogim nastroju wlewamy w siebie złocisty trunek. Fajna sprawa z tym trawnikiem. Do Dunaju blisko, do centrum również. Po chwili na niebie zauważamy… sztuczne ognie. No nie wiem co powiedzieć… . Ola zostaje oficjalną wróżką wyjazdu!

Od piwa głowa się kiwa, a do hostelu trzeba jakoś wrócić. Nagle, ni stąd, ni zowąd zauważamy na jednym z placów tańczących ludzi. Zupełnie nie wiemy o co chodzi. Część z nas dołącza do zabawy. Muzyka trochę w klimacie irlandzkim, choć znawcą tego rodzaju melodii nie jestem.

Po przejściu ładnych paru km, w końcu docieramy do hostelu. Pierwszy dzień wyjazdu można uznać za zakończony!

Galeria zdjęć z Road Tripu do obejrzenia tutaj i tutaj.

Reklamy
Categories: Węgry | Tagi: , , , , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: