Gruzja – dzień 4 – Batumi, Sarpi, część druga

Na placu, gdzie mają postój marszrutki, tradycyjnie zagadują nas kierowcy. Tym razem postanawiamy to wykorzystać i zapytać o której godzinie odjeżdża ostatnia z nich do Tbilisi (przejeżdża obok lotniska Kopitnari, skąd odlatujemy). Jak to w Gruzji – nie ma konkretnej odpowiedzi. Pani w informacji powiedziała nam, że w sezonie marszrutki do Tbilisi kursują nawet 24 godziny na dobę, ale sezon na dobre jeszcze się nie rozpoczął. Mimo tego, ostatnia godzina odjazdu nas satysfakcjonuje – punktualnie 22. Pełna dbałość o klientów – Pan pokazuje nam nr rejestracyjny marszrutki i miejsce, z którego odjedziemy. W gruzińskim stylu informuje nas także, że „gdyby o 22 nie było odjazdu, to o 24 pojedzie na pewno 🙂 . Cóż… byle przed 3, bo o 6.30 mamy samolot…

Znajdujemy marszrutkę do Sarpi – miejscowości położonej na granicy gruzińsko-tureckiej. Niecałe 20 km, które dzieli oba miejsca upływa nam zarówno szybko, jak i powoli. Wytłumaczę pokrótce do czego zmierzam…

Tuż przed odjazdem zaczyna padać deszcz. Początkowy odcinek trasy (przez centrum Batumi) mija „spokojnie”, tzn. kierowca trąbi tylko kilka razy na minutę. W radiu słychać tureckie rytmy. Ostra jazda zaczyna się po wyjeździe z Batumi. Zajęliśmy miejsca po lewej stronie marszrutki, więc pęknięta przednia szyba po prawej stronie nie ogranicza nam widoczności, niestety… Kierowca się rozkręca. Pędzi ponad 100 km/h w deszczu, wyprzedza na zakrętach, sprawiając wrażenie, jakby chciał pobić swoją „czasówkę” na tej trasie. Patrzę do tyłu na Mateusza – ma zamknięte oczy 😀 . To chyba najlepszy sposób na przetrwanie w spokoju takiej przejażdżki. Jeszcze tylko słuchawki w uszach i można się nawet zrelaksować. Po co skakać na bungee, skoro można przejechać się marszrutką? Emocje może nie takie same, ale za to wrażenia niezapomniane.

Granica gruzińsko-turecka w Sarpi

Granica gruzińsko-turecka w Sarpi

Dojeżdżamy na miejsce, tzn. na samą granicę gruzińsko-turecką. Pełno tirów i sprzedawców. Architektura punktu granicznego jest typowa dla nowoczesnej Gruzji – budynek ma fantazyjny kształt, widoczny na zdjęciu obok. Kierujemy się na plażę, przechodząc obok miejsca, którego zapach wskazuje na to, że kierowcom służy ono za toaletę. Pogoda nie rozpieszcza, więc jesteśmy tu tylko kilkanaście minut, robiąc pamiątkowe zdjęcia. Czy warto było tu przyjechać na tak krótko? Za cenę 1 lari w jedną stronę – warto. Za emocje w podróży – warto! Za widok na meczet po tureckiej stronie – warto.

Meczet po tureckiej stronie granicy

Meczet po tureckiej stronie granicy

Na małym placyku w pobliżu przejścia granicznego czekamy na powrotną marszrutkę. Wsiadanie do niej przypomina piesze polsko – ukraińskie przejście graniczne Medyka – Szeginie. Tyle, że tutaj, zamiast irytujących „mrówek” są irytujący ludzie, którzy wpychają się do środka, jakby podróż miała trwać co najmniej pół dnia.

Mateuszowi udaje się zająć miejsce siedzące – mnie już nie. I może to i lepiej, bo nie widzę tego, co wyczynia kierowca, chociaż i tak, w porównaniu do drogi w przeciwnym kierunku – nie jedzie zbyt ryzykownie.

Kierowca robi nam jednak niespodziankę i nie podjeżdża na plac, z którego odjeżdżaliśmy. Musimy więc dotrzeć najpierw do niego, a potem zastanowić się co dalej. Kolejny raz przydaje się język rosyjski. Warto go w Gruzji znać, gdyż starsze pokolenie w większości sprawnie posługuje się tym językiem. W końcu do początku lat 90 Gruzja była częścią ZSRR. Osoby poniżej 30 lat często mówią po angielsku, ale poza Tbilisi, Batumi czy Kutaisi może być i z tym problem.

Aby wydostać się z placu Tbilisi, do którego w końcu dochodzimy należy po raz kolejny zmierzyć się z gruzińskimi zasadami ruchu drogowego, a więc pozwolić uwolnić się adrenalinie w naszym organizmie.

Mateusz szuka czurczeli, ale nigdzie nie może jej znaleźć. W pierwszym sklepie, do którego wchodzimy sprzedawczyni nie bardzo wie, gdzie można je w Batumi dostać. Moje wczorajsze obawy niestety się sprawdziły. Ale już w drugim „magazynie” miła pani tłumaczy nam, gdzie mamy iść. Po minucie spaceru cieszymy wzrok naszymi ukochanymi czurczelami. Jak się później okaże – były to przysmaki w wersji z orzechami laskowymi, które mniej nam smakowały, ale i tak „lepszy rydz niż nic”.

Idziemy w kierunku plaży, co kilkanaście minut chroniąc się przed przelotnym deszczem, który tego dnia nie chce dać za wygraną. Na szczęście w Batumi rzadko pada całymi dniami. Specyfika tutejszego klimatu jest taka, że jeśli pada, to są to właśnie przelotne deszcze, co niezbyt przeszkadza podczas przechadzki po mieście.

Tylko plażowicze mogą czuć się zawiedzeni. Kiedy dochodzimy do plaży, spacerują po niej pojedyncze osoby. Mateusz bada temperaturę wody, ale po jego minie można stwierdzić, że raczej nie zachęca do kąpieli.

Na Placu ze statuą greckiej Medei robimy sobie przerwę na herbatę/cappuccino. To nie Włochy, więc za popołudniowe wypicie cappuccino nikt na Mateusza dziwnie nie popatrzy :). Miejsce jest bardzo klimatyczne, choć niestety czujemy, że godzina naszego wylotu zbliża się nieubłaganie. Szkoda, że to tylko 4 doby, że to tylko wyjazd rozpoznawczy. Chciałoby się zostać dłużej.

Wieczorny spacer promenadą nadmorską pokazuje nam, jaki charakter ma Batumi. To miasto, w którym kwitnie życie wieczorno-nocne. To wtedy na ulice wylegają turyści. To wtedy na ulicach króluje lans.

Wspomniałem wcześniej, że Gruzja jest krajem silnie przywiązanym do tradycji. Batumi rządzi się swoimi prawami. Jeżeli ktoś był tylko w Tbilisi albo tylko w Batumi, to nie może powiedzieć, że był w Gruzji. Jeżeli ktoś odwiedził dodatkowo gruzińską prowincję (w tym przypadku słowo prowincja nie ma negatywego wydźwięku), to dopiero wtedy może powiedzieć, że był.

Nowoczesne budynki i ich otoczenie w Batumi

Nowoczesne budynki i ich otoczenie w Batumi

Wspominałem także, że Batumi się rozbudowuje. Są jednak miejsca, gdzie wygląda to komicznie, szczególnie wtedy, gdy teren wokół nie jest uporządkowany. Powoduje to kontrasty, widoczne na zdjęciu obok.

Ostatnie chwile w Batumi wykorzystujemy na odpoczynek w parku, przy głównej alei prowadzącej na plażę. Po drodze na plac Tbilisi, skąd odjedzie nasza marszrutka wydajemy nasze zapasy na „czarną godzinę” i jemy ostatniego gruzińskiego kebaba.

Gdy dochodzimy na miejsce okazuje się, że marszrutka nie odjedzie o 22, bo nie uzbierało się jeszcze wystarczająco dużo chętnych na przejazd. Chciałoby się napisać „this is Georgia”, ale byliśmy o tym wyjątkowo uprzedzeni, więc nie pozostaje nam nic innego, jak tylko pogodzić się z tym.

Nie bójcie się – nie zostaniecie na lodzie. Kierowca zapytał się nas o której mamy samolot, tak więc podejrzewamy, że gdybyśmy nie mogli czekać dłużej, to sytuację i tak dałoby się rozwiązać „po gruzińsku”.

To nie jedyna niespodzianka. Kierowca chce od nas opłaty z góry za rezerwację miejsca (20 lari za 2 osoby). Chyba za krótko jesteśmy w Gruzji, a mentalnie dalej w Polsce, bo nadal mamy obawy co do tego, czy nie odjedzie wcześniej, a my zostaniemy na lodzie. Gdyby to nie był nasz ostatni dzień, a do samolotu nie pozostały godziny, sytuacja wyglądałaby inaczej. W kontekście tego, co napisałem akapit wcześniej można zauważyć sprzeczność. To prawda. Właśnie takie mieszane uczucia nam towarzyszyły.

Cóż… w podróży jest tak, że po prostu trzeba zaufać, bo nie ma się innego wyjścia. Dajemy kierowcy 10 lari i umawiamy się na godz. 23.30. Mateusz już snuje czarny scenariusz pt. co to będzie, jak marszrutka odjedzie wcześniej, ale ja mimo wszystko jestem dziwnie spokojny o nasz transport. W Polsce czegoś takiego bym nie zrobił. Może uogólniam, bo w naszym kraju jest bardzo wielu uczciwych ludzi, ale prawdopodobieństwo oszustwa w Polsce jest mimo wszystko większe niż w Gruzji.

Cóż mamy począć… idziemy znowu w kierunku plaży i obchodzimy naszą trasę jeszcze raz. Mamy gratisowe 2 godziny w Batumi, zamiast 2 godzin spędzonych na posadzce lotniska Kopitnari. Nie mamy więc na co narzekać.

Tuż przed 23.30 zjawiamy się na placu Tbilisi. Chwila prawdy. Marszrutka… stoi 🙂 . Nie było się czego obawiać. Zajmujemy miejsca w środku i kończymy powoli swoją przygodę z Gruzją. Ruszamy na lotnisko…

Galeria zdjęć z Gruzji do obejrzenia tutaj

Reklamy
Categories: Gruzja | Tagi: , , , , , | 7 Komentarzy

Zobacz wpisy

7 thoughts on “Gruzja – dzień 4 – Batumi, Sarpi, część druga

  1. Czurczchela może być z orzechami włoskimi (w Gruzji nazywanymi greckimi) jak i z orzechami laskowymi, które w tym kraju są równie powszechne… zależy to po prostu od regionu i tego, jakie akurat orzechy są pod ręką… coś takiego jak oryginalna potrawa czy przepis w Gruzji jest mitem… co region, to inne tradycje…

  2. Wielkie dzięki za sprostowanie! Już poprawione. Z rozpędu wyraziłem swoją subiektywną opinię na temat obu rodzajów, gdyż osobiście bardziej smakowała mi wersja z orzechami włoskimi (greckimi). No ale o gustach się nie rozmawia 🙂

  3. Renata

    Odnośnie cytatu z Kapuścińskiego o zarażeniu podróżą, to muszę przyznać, że się zaraziłam, a wiele wskazuje na to, że jest to nieuleczalne:) Podobno po czterdziestce człowiekowi musi coś dolegać… Mi moja dolegliwość całkiem odpowiada.
    Dziękuję za ciekawe informacje. Ja do Sarpi dojdę na nogach, bo wynajęłam kwaterę w Kvariati. Podobno Turcy za wizę biorą ok. 20 $. Nie wiem czy im dam zarobić…

    • Też tak uważam, że to jeden z nielicznych nałogów, które nie szkodzą :). Bardzo proszę. 20 $ z tego co się orientuję to kosztuje wiza turecka zakupiona drogą elektroniczną, natomiast bezpośrednio na przejściu granicznym kosztuje 30 $ lub 25 euro lub 20 funtów. (http://www.turcja.org.pl/page/11/44)
      Czy warto tyle płacić? To zależy, czy planuje Pani tylko przejechać granicę, czy coś pozwiedzać w Turcji. Jeśli to pierwsze, to dla samego „zaliczenia Turcji” chyba nie warto.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego wyjazdu i odkrywania Gruzji!

      • Renata

        Dzięki za odpowiedź i dodatkowe informacje. ja raczej nie jestem ani „zaliczaczem” (I have been there) ani „zwiedzaczem” (I have seen that), może jestem „odczuwaczem”:)

        Interesują mnie pogranicza, bo zwykle maja ciekawą i trudną historię. Doświadczyłam tego na Cyprze goszcząc u Cypryjki wypędzonej w 1974 roku ze swego domu zajętego przez Turków. W Nikozji stanęła przed mapą Cypru i palcem wskazała miejsce na Półwyspie Karpas z którego ją wypędzono. Minęło sporo lat, ale czas jej nie uleczył… Ma w swoim ogrodzie drzewko pomarańczowe przywiezione ze swoich stron rodzinnych. Zerwała z niego pomarańczę i podarowała mi.
        Rodzinne strony odwiedziła tylko raz, bo to bardzo bolesne, a po drugie (w przeciwieństwie do mnie) musi płacić za przekroczenie tureckiej granicy…
        Pozdrawiam
        Renata

  4. „Po co skakać na bungee, skoro można przejechać się marszrutką?” – hahaha, genialne! 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: