Gruzja – dzień 1, część trzecia

Gruziński upał zaczyna nam się dawać we znaki, dlatego zaopatrujemy się w wodę i wsiadamy do busa, który zawiezie nas do wspomnianego wcześniej monastyru w Gelati (podobnie jak katedra Bagrati, wpisanego na listę UNESCO).

Jak wcześniej wspomniałem, Polaków w Kutaisi, od czasu uruchomienia tanich lotów z Polski nietrudno spotkać. Okazuje się jednak, że świat jest jeszcze mniejszy, niż sądziliśmy. Turyści, z którymi jedziemy pochodzą z Krakowa, a jeden z nich zna się z naszymi profesorami z AGH – z wydziału GGiOŚ.

Nasza marszrutka zaprzecza prawom fizyki i zapełniona w całości pasażerami, pnie się krętą drogą pod górę, (której nachylenie z wielką dozą prawdopodobieństwa przekracza 10%) ku widocznemu już w oddali monastyrowi.

Monastyr Gelati

Monastyr Gelati

Osobiście, mnie monastyr Gelati bardziej przypadł do gustu, niż katedra Bagrati. Jest tutaj bardziej kameralnie, swojsko, a z okolicznych pagórków roztaczają się piękne widoki na otaczające Kutaisi góry.

Nic dziwnego, że to miejsce doceniają także nowożeńcy, którzy tłumnie przyjeżdżają tutaj na błogosławieństwo od popa i sesje zdjęciowe. Nie jesteśmy tylko pewni, czy dzieje się to przed, czy już po ślubie. Jak wygląda taki lekko „szpanerski” przejazd pod monastyr, możecie zobaczyć tutaj. Gruzja nie jest bogatym krajem, a biorąc pod uwagę to, że wizyty w monastyrze kolejnych grup nakładają się na siebie, przypuszczamy, że samochody te (całkiem niezłych marek) są wynajmowane. Gruzini nie oszczędzają więc na weselnym ceremoniale. Widać to także po ich strojach, nie różniących się specjalnie od choćby tych z polskich zabaw weselnych.

Zauważamy jeszcze jedną ciekawą rzecz. Przywiązanie Gruzinów do wiary i tradycji (także młodych ludzi). W całowaniu murów świątyni i całej otoczce, jaka towarzyszy ceremonii, nie widać sztuczności. Jest to naturalne.

Freski w monastyrze Gelati

Freski w monastyrze Gelati

Po obejściu wszystkich budynków monastyru, decydujemy się na odpoczynek. Wybieramy, a ściślej mówiąc – Mateusz wybiera miejsce z widokiem na okolicę. Co jakiś czas, monotonię tego błogiego stanu leżenia i nicnierobienia przerywa bliskie przejście krowy lub cielaka, a także klaksony i wrzaski kolejnych nowożeńców.

W pewnym momencie, dochodzimy do niepokojącego wniosku, że od dawna spod monastyru nie odjechała żadna marszrutka. Po ponad 20 minutach nic się nie zmienia. Wobec zaistniałego faktu, zaczynamy powoli schodzić w dół, a mając wciąż w pamięci szaleńcze przejazdy nowożeńców, trzymamy się bardzo blisko krawędzi drogi.

Za jednym z zakrętów, ukazuje się naszym oczom widok, który po kilkunastu godzinach spędzonych w Gruzji nie robi już na nas żadnego wrażenia – krowa na środku drogi. Chwilę potem, nie łapiąc stopa, sama z siebie zatrzymuje się przy nas sympatyczna Pani w średnim wieku i proponuje podwiezienie do Kutaisi, z czego oczywiście skwapliwie korzystamy.

Typowy gruziński widok - krowa na środku drogi

Typowy gruziński widok – krowa na środku drogi

Postanawiamy zaczerpnąć informacji na temat tego, jakie marszrutki jadą z centrum Kutaisi do Rioni, czyli miejsca, skąd po północy odjeżdża nasz pociąg do Mcchety – dawnej stolicy Gruzji, gdzie zaczniemy jutrzejszy dzień. Co prawda Pani nic nie wiadomo na ten temat, ale dowiaduje się tego od Gruzinów i zawozi nas w miejsce, z którego odjeżdżają nasze marszrutki. 🙂

Za podwózkę oczywiście nie chce żadnych pieniędzy, ale w ramach wdzięczności, symbolicznie wręczamy jej pocztówkę z naszego pięknego, królewskiego miasta Krakowa.

Do odjazdu pociągu pozostało jeszcze kilka godzin, więc idziemy na miasto, dowiadując się wcześniej, że marszrutki odjeżdżają co pół godziny.

Spacerując ulicą, natrafiamy na uniwersytet, a przed nim – odbywający się koncert. Impreza przypomina nasze krakowskie juwenalia, choć jest bardziej klimatycznie. Po raz kolejny przekonujemy się, że w życiu młodych ludzi w Gruzji tradycja odgrywa bardzo ważną rolę. Gdy oglądamy pokaz jednego z tańców regionalnych, stoimy jak wmurowani, pełni podziwu dla tego, co wyczyniają tancerze. Ogląda się to naprawdę bardzo przyjemnie. Jak wygląda taki przykładowy taniec gruziński, możecie zobaczyć tutaj. Z kolei jak ważną częścią gruzińskiej kultury jest taniec i śpiew, można się przekonać choćby na ulicy, czy w knajpach, gdzie na telewizorach wyświetlane są często właśnie tańce.

Jak za granicą poznać, gdzie można dobrze zjeść? To proste. Trzeba obserwować, gdzie jedzą mieszkańcy. W Gruzji, dodatkowo pomaga w tym częsta obecność stolików do gry w szachy lub warcaby, które są umieszczane właśnie w takich miejscach.

Gdy już wypatrzyliśmy takie miejsce, postanawiamy skosztować kolejnej, gruzińskiej potrawy narodowej – kebaba. Ale jak to? – możecie się zapytać. Kebab?! Przecież to tureckie jedzenie! Owszem, w Turcji jada się kebaby, ale te gruzińskie są inne. Nie mam porównania, bo nie jadłem nigdy oryginalnego kebaba z baraniny, ale te gruzińskie są wyśmienite i mogę je z czystym sumieniem polecić każdemu!

Na spokojnie jemy nasze kebaby w parku. Parku, który obsadzony został przepięknymi drzewami – rzadko spotykanej w Polsce odmiany klonu. Naszą uwagę przykuwają także starsi Gruzini, sprzątający miotłami ulice. Jest to element bardzo charakterystyczny, którego nie da się nie zauważyć tuż po przylocie.

Czas płynie nieubłaganie. Postanawiamy opuścić Kutaisi i podjechać na dworzec w Rioni. Czekamy na marszrutkę 10 minut, 20 minut, 30 minut… Powoli atmosfera robi się nerwowa, tym bardziej, że zaczyna się ściemniać.

W międzyczasie, ni stąd ni zowąd, podchodzi do nas człowiek i pyta się nas, czy nie jesteśmy z Białorusi. Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce, żeby ktoś tak po prostu się o to zapytał? Ale cóż…  „This is Georgia…” Odpowiadamy zgodnie z prawdą, że z Polski, czym wywołujemy jeszcze większy uśmiech na jego twarzy. Okazuje się bowiem, że mieszka w Brześciu, przy polskiej granicy i w jego żyłach płynie też polska krew. Chce nas zaprosić do siebie na wino, ale biorąc pod uwagę fakt, że czytaliśmy przed wyjazdem co nieco o gruzińskich ucztach (co prawda on jest Białorusinem, ale w końcu jesteśmy w Gruzji), obawiamy się, że po takiej uczcie nie bylibyśmy w stanie dotrzeć na dworzec na czas. 😀

Czekamy jeszcze 5 minut i decydujemy się iść w kierunku dworca na piechotę. Miała być marszrutka, ale…”this is Georgia”. Tutaj nic nie jest pewne. Po drodze mijamy sklep monopolowy, przy którym kilku Gruzinów miło spędza czas. O dziwo – nikt nie jest pijany! Do dziś zastanawiam się nad tym fenomenem. Przez cały wyjazd nie spotkamy pijanego człowieka na ulicy, mimo braku zakazu picia w miejscach publicznych.

Zrobiło się na tyle ciemno, że decydujemy się dalej jechać marszrutką. Ale jaką? O tej porze coraz mniej ich jeździ. Po zaciągnięciu informacji na przystanku, podjeżdżamy kawałek do skrzyżowania, z którego nie pozostaje nam nic innego, jak przejechać taksówką te 5 km, które nam pozostało. Dojeżdżając na dworzec, który łagodnie mówiąc – znajduje się na odludziu, stwierdzamy, że była to dobra decyzja. Sami na pewno byśmy tu nie trafili.

Automat do wszystkiego

Gruziński automat do wszystkiego

Siadamy na ławce w dworcowej poczekalni, która jest pięknym przykładem socrealistycznej architektury i czekamy. Długo nie widzieliśmy żadnego Polaka, ale… co się odwlecze… Po chwili odwiedzają nas nasi rodacy, których spotkaliśmy już wcześniej. W słowiańskim towarzystwie, czytając książkę o Gruzji Marcina Mellera i jego żony, w poczekalni zauważamy żółty automat.

Może i dworzec jest obskurny. Może i nie zachęca do odwiedzin miasta, ale zaawansowana technika nie jest zarezerwowana dla centrów wielkich miast. Przynajmniej w Gruzji… W takich automatach można zapłacić rachunek za prąd, gaz, telefon. Można doładować kartę telefoniczną, skorzystać z internetu… A! No i oczywiście kupić bilet na pociąg 🙂 Wot – technika!

Po godzinie pierwszej, z kilkuminutowym opóźnieniem, w końcu przyjeżdża nasz pociąg. Tak kończy się nasz pierwszy dzień w pięknej Gruzji.

Galeria zdjęć z Gruzji do obejrzenia tutaj

Reklamy
Categories: Gruzja | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: