Gruzja – dzień 1, część druga

Szczęśliwie docieramy na dworzec. Wystarczy, że raz zapytamy się o nazwę miejscowości, która nas interesuje (Tsaltubo), a kolejni kierowcy, jak po łańcuszku przekazują sobie donośnym głosem informację, że Ci oto dwaj jegomoście z Polski chcą się tam właśnie dostać.

W trakcie jazdy, Mateusz wpada w objęcia Morfeusza, a ja po raz kolejny zastanawiam się, jakim cudem nie widzieliśmy jeszcze dzisiaj na trasie ani jednego samochodu w rowie, czy wypadku.

Po dojechaniu na miejsce, po raz kolejny lądujemy na targu, którego klimat jest bardziej ujmujący od tego z Kutaisi, z uwagi na małomiasteczkowy charakter Tsaltubo. Tutaj z pewnością rzucamy się w oczy, jako turyści. Ja to już szczególnie, z moim czerwonym podkoszulkiem wyrażającym miłość do gór. Pozostaje nam jeszcze tylko odnaleźć marszrutkę nr 42 i dostać się nią do Jaskini Prometeusza – podobno jednej z piękniejszych jaskiń na świecie. Jako geolodzy, nie możemy pominąć tego punktu na naszej trasie.

W marszrutce, oprócz Gruzinów podróżuje z nami para Polaków (od dwóch tygodni zwiedzająca Gruzję) oraz gromadka kurczaczków, zajmująca honorowe miejsce w torbie na fotelu.

Przejazd busem z Tsaltubo do Jaskini Prometeusza kosztuje 2 lari, mimo że trasa jest dwa razy krótsza od poprzedniej (Kutaisi – Tsaltubo), kosztującej 1 lari. Cóż… Gruzini powoli uczą się zarabiać na turystach. 🙂 Co ciekawe, w przeciwieństwie do wspomnianej, tańszej marszrutki, ta droższa ma za przednią szybą oznaczenie, że jedzie w kierunku jaskini, w języku angielskim, a nie tylko pisane gruzińskim „makaronem”.

Po kilkunastu minutach jazdy, przerwanej postojem w pobliżu przydrożnego sklepu, aby jeden z pasażerów mógł zrobić zakupy, a także omijania krów, które bez żadnego skrępowania odpoczywają na środku drogi, w końcu docieramy do Jaskini Prometeusza.

Nazwa jaskini, jak pewnie się domyślacie, została nadana na cześć Prometeusza – tytana, który wg mitologii greckiej wykradł bogom ogień i ofiarował go ludziom. Został za to przywiązany przez Zeusa do skał Kaukazu. Nie jest jednak powiedziane, w którym konkretnie miejscu, więc w zależności od tego, gdzie się w Gruzji znajdziemy, możemy się spodziewać informacji, że to właśnie tam przeżywał swe męki Prometeusz.

Koszt jednego biletu to 6 lari (chyba że ma się ochotę popłynąć łódką, wtedy dopłaca się jeszcze 7 lari). Wykorzystuję to, że na stronie internetowej jaskini widnieje informacja o darmowym wejściu dla przewodników. Co prawda jestem pilotem, a nie przewodnikiem, ale po pokazaniu legitymacji i krótkiej rozmowie w języku rosyjskim z obsługą, udaje mi się nie płacić za jeden bilet. Koszty dzielimy sprawiedliwie – każdy płaci po 3 lari.

Jaskinia Prometeusza

Jaskinia Prometeusza

Jaskinia urzeka swym pięknem. Przewodnik oprowadza w języku gruzińskim, rosyjskim i angielskim, choć może słowo „oprowadza” nie jest tutaj najlepszym określeniem. Lepszym byłoby: „prowadzi nas w kierunku wyjścia”, gdyż po 5 minutach komentarza na początku długiej, ponadkilometrowej trasy, potem się już nie odzywa. O nie, przepraszam! Odzywa się – dziękując za zwiedzanie przy wyjściu. 🙂 Jako były przewodnik po Jaskini Wierzchowskiej mogę stwierdzić, że można by w niej opowiadać baaaardzo, ale to bardzo długo. Oczywiście bez przesady, aby nie zmęczyć turystów.

Po około godzinnym zwiedzaniu, wychodzimy na okrutny skwar, jaki panuje na zewnątrz i wracamy do Tsaltubo, a potem do Kutaisi. Nowo poznani Polacy pokazują nam, skąd odjeżdżają marszrutki do monastyru Gelati, gdzie zamierzamy się teraz udać.

Galeria zdjęć z Gruzji do obejrzenia tutaj

Reklamy
Categories: Gruzja | Tagi: , , | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: